Casual RPG

Granie to jego główna i najprzyjemniejszy sposób spędzania czasu, geek, wyśmiewany poza swoim środowiskiem za zajmowanie się infantylną rozrywką. Nowej krwi wśród jego podobnych nie widać. Szydzi się z gier, które odbiegają od utartych schematów, uważa je za protezę prawdziwych gier. Czy to samolot? Czy to urzędnik skarbowy?! RPGowiec?! Nie! To polski gracz komputerowy!

Rok temu, przy okazji miłej alkoholowej nasiadówy, nasi przyjaciele pochwalili się nowym zakupem – Nintendo Wii. Z zaciekawieniem obejrzeliśmy kontrolery z trzypoziomowymi czujnikami (coś jak żyroskop), które pozwalają sterować tylko za pomocą fizycznych ruchów. Największym zaskoczeniem była niesamowita intuicyjność sterowania gra za pomocą tych pilotów – nauka ich obsługi trwała 10 sekund. Ja, który dotąd przeklinam brak intuicyjności konsolowych padów (są zwyczajnie mniej efektywne, co zresztą wiemy z głośnego eksperymentu Microsoftu) , po 10 sekundach nauki kontrolerów Wii, wymiatałem w tenisa, mieczyki, czy skoki narciarskie jakbym już grał co najmniej od 5 lat.

Potem, sam kupiłem Wii wraz z deską (Wii Fit - wyczuwa punkt ciężkości ciała, umożliwia zabawę za pomocą balansu ciała) i namówiłem na to kilka osób z mojego otoczenia. Grywalność tego komba powalała na kolana i zmieniła oblicza wielu zakrapianych imprez –osoby, które normalnie nie dotykają nawet komputera czy pada, przy Wii bez wahania dają się ponieść zabawie i nie mają przed tym wielkich oporów. Wciąganie casuali działa znakomicie, wielokrotnie grałem już ze swoimi rodzicami, a nawet sparingowałem się w ping-ponga z moją babcią!

Nintendo Wii zmieniło świat gier – wciągnęło w zabawę masy nowych ludzi, całe rodziny, po prostu zwykłych casuali. W 2008 r. Wii sprzedało się więcej niż Xboxów i PS2 razem wziętych! Oszałamiający sukces Wii zmusił producentów do wyścigu, aby tylko ugryźć kawałek tortu Nintendo.

W listopadzie na konferencji Entertainment Standard 2010 miałem przyjemność wysłuchać p. Jakuba Mirskiego, odpowiedzialnego za promocje Kinecta i Xbox Live Microsoftu na ryku polskim. W prezentacji p. Jakuba znalazła się analiza profilu polskiego gracza video. Okazało się, że penetracja gamingu w Polsce to ledwie 19%, czyli mamy 6 mln graczy - dla porównania w USA, Wielkiej Brytanii czy Japonii, to ponad 50%. Jako główne przyczyny tego dość mizernego wyniku Microsoft wskazał na wysoką barierę wejścia, brak oferty dla casuali i na pierwszym miejscu – uwaga, uwaga – negatywne postrzeganie graczy przez resztę społeczeństwa. „Gry są dla dzieci a popkultura dla nastolatków, grasz – jesteś infantylny” – o, jakże to bliskie nam RPGowcom, którzy aby uniknąć łatki infantylności poza środowiskiem maskują się gadkami o teatrze, sztuce i mitach. W naszym kraju szczególnie nadprezentatywni są gracze hardcorowi (ok. 50%), ci którzy grają non stop, a ich wymagania oscylują bardzo wysoko – preferują skomplikowane gry, cRPGów, szukają emocji, konfrontacji w trybach multiplayer, rywalizacji w strategiach. Tacy gracze lekceważą oferty dla pozostałych segmentów – gry typu social są dla nich za proste, nudne, zbyt spokojne, stanowiące protezy prawdziwego grania. Wiemy przecież, że mnóstwo fanów Xboxa czy PS 2 szydzi że Wii to nie konsola, tylko zabawka dla dzieci i piszczących nastolatek. Prawdziwe to jest Dead Space, a nie Wii Sports.

Producenci świetnie rozpoznali teren. Najpierw Nintendo, a na jego doświadczeniach Microsoft z Kinectem. Zauważcie – w reklamie Wii Fit ani razu nie padło słowo „gra” ani „konsola”! Nic, co kojarzy z subkulturą graczy i geeków: żadnej masturbacji supergrafiką, screenów z hektolitrami krwi, żadnej fantastyki. Wręcz przeciwnie – sterylna biel, prostota awatarów, laboratoryjny dźwięk („ping!”), sugerują jakby Wii Fit była wyposażeniem łazienki, sprzętem higieny, pozwalała zachować kondycję (schudnąć!), proponowała miłe odprężenie i ćwiczenia dla całej rodziny. I na koniec hasło: „Fitness and Fun for Everyone!” Albo trailer do Wii Sports – tam nie widać gry, rywalizacji, hektolitrów krwi, widać za to sportowców, kondycję, zdrowie. Kinect podobnie – reklamuje się jako zabawa rodzinna, bądź idealna na spęd przyjaciół, a także jako znakomity nauczyciel tańca. Wszystko daleko od ławki heavy-gamers. Ale za to sprzedaje się jak nigdy!

Producenci gier komputerowych odkryli sposób na casuali. Odkryli, że to całkowicie inny segment klientów: gra inaczej, zainteresowany zupełnie inną ofertą, nawet gry kupuje w dziwnych miejscach. Casuale, to tatusiowie z brzuszkiem, którzy wyciągają z koszów Tesco gry dla swoich dzieci w zgadywanki, czy rebusy. Albo pracownice biurowe, które napierdalają w pracy w klony Zyngi na Facebooku lub Naszej-Klasie. To zamożni imprezowicze, którzy przy okazji domówek integrują się przy Nintendo Wii, Kinect Xbox 360, Guitar Hero, czy jakimś Karaoke. Oni żyją poza rynkiem heavy userów i jeśli Onet lub Teleexpress nie zatrąbi, to nie wiedzą, że wychodzi Wiedźmin 2, nie kojarzą takich tytułów jak Call of Duty lub Dragon Age. Im nie jest potrzebny poziom easy w Cywilizacji, oni i tak nigdy nie odpalą takiej gry.

Gdy mijam squat poznański, widzę napis: „Wszystko staje się lepsze i prostsze, gdy zamiast swojego państwa, pokochasz swoich sąsiadów”. Przekuwając to na fandom: „Wszystko staje się lepsze i prostsze, gdy zamiast popularyzować RPGi, znajdziesz sobie nowego gracza”. Erpegowcom marzy się, aby ich hobby było bardziej popularne. I dlatego fandomowcy aktywizują się, organizują, spiskują, jeżdżą tramwajami z podręcznikami. A przecież każdego roku w Polsce, przy ogromnym zapleczu promocyjnym, przybywa jedynie 0,5% graczy komputerowych (jest to tempo żałosne), zatem działania w kierunku popularyzacji RPG tymi metodami co obecne, nie są warte kiwnięcia palcem. Ilu przybędzie rocznie: kilkudziesięciu? Nowa krew – to właśnie casuale.

Sądzę, że bazując na doświadczeniu producentów gier video, można napisać grę RPG dla casuali. Oto moja propozycja:

- Gra taka nigdzie nie przyznawałaby sie do tego, że ma z RPG cokolwiek wspólnego.

- Byłaby dystrybuowana w punktach odwiedzanych przez casuali, a nie tylko w Rebelu czy Bardzie. Idealny – Empik, czasopisma dla dzieci, młodzieży, kiosk.

- Poziom jej prostoty i rozwiązań sprawiałby, że prawdziwi RPGowcy by jej nie uznawali do końca za RPGa, tak jak nikt na poważnie nie bierze że Mafia to pełnoprawny RPG i nie dzieli się swoimi przemyśleniami gry w Mafię na forach RPGowców.

- Możliwe, że gra umożliwiałby wcielenie się w konkretne postaci ze świata książki, filmu, czy kreskówki. Zamiast settingu osadzonego w świecie fikcji, grasz konkretnym znanym bohaterem tej fikcji. Przykładowo, propozycja dla dzieciaków „Zabawa w Xiaolin Showdown” : grasz Omim, Raimundo, Kimiko, lub Clayem (ewentualnie siłami zła tj. Jackem Spicerem, Chase Youngiem, Wuyą, Hannibalem Royem Fasolką, Catnappe lub Tubbimurą (Erpegis kiedyś pisał cykl o Kaczkach z Kaczogrodu, tam dzieciak mógłby zagrać nawet Kaczorem Donaldem!).

D- Gra mogłaby przypominałaby jednostrzał, względnie w kolejnych numerach wychodziłyby nowe przygody - scenariusze. Żadnego eksplorowania świata. Po prostu granie w scenariusz zdefiniowanymi postaciami.

Jest tylko pewien problem. Tak jak moja mama grała w Wii, ale nigdy nie zagrała w grę komputerową, tak przepływ pomiędzy casualami naszej RPG, a true RPGowcami byłby mizerny. Czyli niby byłaby nowa krew, ale poczułby to głównie wydawca, a nie heavy userzy. Dla nich, nic by się nie zmieniło.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...